Na Góre Krzyżewską

    Góra Krzyżewska, zwana Górką Krzyżewską (172 m.n.p.m.) jest najwyższym wzniesieniem na Północnym Mazowszu. Otoczona polami, porośnięta lasem mieszanym. Jest wzgórzem morenowym, prawdopodobnie najdalej wysuniętym na południe dziełem lodowca.

    Góra Krzyżewska jest zatem jedynym punktem widokowym na północnym niżu polskim i można z niej obserwować okolicę w promieniu około 40 kilometrów.

    Na jej szczycie w 1774 roku został wzniesiony kościół ufundowany przez panujący na tych ziemiach zamożny ród Krasińskich. Początkowo służył jako kaplica myśliwska. Został zburzony w 1944 roku przez wycofujących się Niemców. Odbudowany kościółek jest czynnym miejscem kultu religijnego, a w szczególny sposób świętuje się tu dzień Św. Floriana.

    Dla okolicznych mieszkańców Góra Krzyżewska jest miejscem corocznych odpustów, zimą jedyną okazją do saneczkarstwa, doskonałym obszarem na grzybobranie, dla mnie zaś punktem docelowym tras nordic walking i rowerowych. Piesze wiodą przez pola i są przewidziane na 2-3 godzinne marsze. Rowerowe odbywają się szosami, a jedynie ostatni odcinek kilkukilometrowy w naturalnym terenie. Jako że Góra Krzyżewska jest nanosem głównie piachu przez czoło lodowca nie jest łatwo zdobyć jej szczyt inaczej niż na nogach pchając rower. Zjazd też jest ryzykowny, choć możliwy do wykonania.

    Ruszam z miasta. Bocznymi uliczkami kieruję się do rynku, przejeżdżam most na Orzycu i mijając z boku sztuczny zbiornik wodny znajduję się na drodze wylotowej z miasta w kierunku północnym. W całym Makowie Mazowieckim nie ma ani jednej ścieżki rowerowej z prawdziwego zdarzenia, nie licząc kilkusetmetrowych tak samo nagle zaczynających się jak i urywających niespodziewanie odcinków chodnika oznakowanych „tylko dla rowerów”.

    Nie warto z nich korzystać, bo to nimi Makowianie spacerują z wózkami dziecięcymi i pieskami rasy Yorkshire. Po krótkim odcinku wjeżdżam na drogę zwaną „Tysiąclatką”. Nazwa pochodzi od czynu społecznego, w ramach którego powstała na 1000-lecie Państwa Polskiego. Po drodze lasy, pola, lasy, pola. Trudno dostrzec z daleka górę. Łatwo przegapić. Żadnych oznakowań, no chyba, że jest to pora pielgrzymki. Wówczas pinezką przyczepione są do drzew strzałki na kartkach osłoniętych w koszulkach foliowych. Zasada jest prosta, pierwszy raz ktoś ciebie prowadzi na szczyt, następnym razem ty stajesz się przewodnikiem „górskim”.

    Zapraszam do obejrzenia zdjęć ze zdobycia szczytu w dwóch wersjach, wędrówki pieszej i rowerowej. Zdjęcia nie są dokumentacją jednego dnia, ale trasy, którą przemierzam o różnych porach roku.

Pozdrawiam Iziel