INDIE - INDIE - PÓŁ ŻARTEM PÓŁ SERIO - KARALUCH
Wróćmy do
samego początku, czyli przyjazdu, a w zasadzie przylotu
do Indii. Przelot z Polski idzie nawet dosyć sprawnie.
Wsiadamy w Warszawie do samolotu lecącego do Frankfurtu,
a następnie przesiadamy się na bezpośredni samolot do
Chenay. Frankfurt w tym momencie stanowi dla nas ostatni
bastion kultury europejskiej, ale już w kolejce do
bramki na lotnisku świat się zmienia: pojawiają się inni
ludzie, inne ubiory (może dlatego nie sposób pomylić
samolotu).
Z tej kolejki pamiętam Świętego Męża. Musiał być święty (jak wszystko w Indiach) i ta świętość wprost od niego biła. Ubrany był w białą tkaninę gustownie splecioną na ciele. Na głowie miał włosy (dredy) w stylu „nieuczesany Bob Marley”. Jednak najciekawsze były buty, jak dla mnie skrajnie ascetyczne, które zbudowane były mniej więcej z:
1. Deseczki (podeszwa, w tym wypadku główna część buta)
2. Przybitych do deseczki 2 kostek drewna (jedna na obcas; druga z przodu buta)
3. Do tego zgrabnie przeplecionego rzemyka mocującego stopę do wcześniej wspomnianej deseczki.
Święty Mąż wzbudzał powszechne poważanie wśród ludzi stojących w kolejce, mieszkańców Indii, a dla pozostałych - białasów - był powodem dużego zaciekawienia. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to był mój pierwszy kontakt z pewnym mistycyzmem hinduskim.
Wtedy samolotem leciałem pierwszy raz. Nie boje się wprawdzie, ale powiem wam tak pół żartem pół serio, że to nie jest normalne, aby tyle żelaza latało w powietrzu. W samolocie, jak można było przypuszczać, zajęliśmy miejsca w chicken class (turystyczna) blisko WC, co jak się okazało, było bardzo ważne z punktu widzenia wygody, ponieważ był to tył kadłuba, a kadłub się zwęża, w związku z czym w rzędzie są dwa krzesełka od okna, a nie jak zwykle trzy. Po prostu trzecie by się nie zmieściło i z tego powodu jest kapkę więcej miejsca, co nie jest bez znaczenia w czasie prawie 8,5 godzinnej podróży.
W zasadzie nie mogłem się już doczekać lądowania. Wiecie, jak to jest, kiedy już się wypróbuje wszystkie pozycje na krześle i jedynym wybawieniem wydaje się w takiej sytuacji położenie się na ziemi. Samolot dość leniwie zataczał koła nad Zatoką Bengalska, a ja zająłem się podziwianiem Chenay by night, z lotu ptaka, od czasu do czasu nerwowo obserwując termometr na wewnętrznych ekranach TV w samolocie: na 800 metrach - 10 stopni, na 500 - 22 stopnie, na ziemi - 39 stopni (lądowaliśmy w środku nocy). No cóż, myślę sobie: „nikt nie mówił, że tu jest zimno”. Obsługa samolotu sprawnie otwiera drzwi i zaczynam oddychać powietrzem Indii. Pewnie myślicie: „powietrze, jak powietrze”, ale tu jesteście w błędzie, bo jest ono inne niż nasze europejskie. Chodzi mi o zapach, którego nie można zapomnieć. Nie jest on nie do zniesienia. Jest po prostu częścią tego kraju. To zmieszany zapach kwiatów, zgnilizny, olejków, przypraw (coś w stylu kardamonu), potu i właśnie... fekaliów. Te wszystkie zapaszki zmieszane są w ciężkim wilgotnym powietrzu rozgrzanym do czerwoności przez żar dnia. Takie właśnie powietrze buchnęło na mnie, kiedy prawie jak Prime Minister stanąłem w drzwiach samolotu. Potem krótka odprawa i dotarliśmy do naszego hotelu, wcześniej odbywając podróż taxi (o samochodach napiszę innym razem).
Hotel jak na warunki hinduskie był całkiem niezły, ale w naszych może najwyżej jedną gwiazdkę by dostał. Tak na marginesie - jego właścicielem był jakiś aktor z Bollywood. Nie powiem, bo trochę zazdrośnie patrzyłem na sąsiadujący z nim wielki gmach super luksusowego hotelu Sieci Taj (w hotelu tej samej sieci rozgrywały się dantejskie sceny w czasie ostatniego zamachu w Bombaju). Ok. no to siup do łóżka i do spania.
Łóżka w hotelu były dwuosobowe, ślicznie zaścielone, bez jednej zmarszczki (niestety nie umiem tak pościelić J). „Super” - myślę sobie. Cały pokój był jak mieszkanie: łazienka, sypialnia i duża kuchnia. Jednak kiedy się obudziłem, z przerażeniem stwierdziłem, że nie śpię sam. Obok, na poduszce, leżał lub raczej siedział karaluch, wesoło do mnie machając czółkami. Chyba był głodny, gdyż również jego aparat gębowy ruszał się dość jednoznacznie, mówiąc: „coś bym zjadł”. Nazwałem go Mirek (nie wiem dlaczego, chyba tak bez powodu). I tu pewnie myślicie - karalucha można przecież unicestwić. No pewnie. Tylko sprawa się rypnęła z powodu rozmiaru. Nasze karaluchy krajowego chowu mają około 3 cm, kiedy są dobrze odżywione (wiem, można powiedzieć, że jestem ekspertem, bo mieszkałem w Toruniu na starym osiedlu). Mój/moja łóżkowa partnerka Mirek/Mirka miała ponad 10 cm, nie licząc czułków. „Jednak”, myślę sobie, „co mi tam, pierwsza noc w egzotycznym kraju - to może się zdarzyć”. Zresztą - „co ja panikuję? To tylko robak. Powiem na recepcji, aby się nim zajęli, jak to zwykle bywa z robakiem”. I tu popełniłem błąd. Teraz to wiem, ale nie wówczas. Przy recepcji spotkałem boya hotelowego, któremu nakazałem (w Indiach biały powinien być z lekka stanowczy), aby zlikwidował robaczka definitywnie. Tą prośbą dopuściłem się strasznego świętokradztwa. Zabić? Rozgnieść na miazgę? W ten sposób mogłem skazać boya na wieczne katusze w cyklu niekończącej się reinkarnacji. No cóż, dlatego nie powinienem się dziwić, kiedy pod wieczór zastałem karalucha Mirka czekającego na mnie w łóżku, tym razem pod poduszką. Pewnie chciał zrobić mi niespodziankę. I tak siedzieliśmy na łóżku - on/ona myśląc o wygodnym bytowaniu w moim łożu, a ja snując niecne plany pozbawienia go/jej życia. A nie wyglądało to prosto. Może macie jakieś propozycje? Wziąć do ręki? No nie. To raczej odpada. Za duże miał szczęki. Rozgnieść koszem na śmieci? Pamiętacie? Ponad 10 cm, więc flaki i takie tam na łóżku – to nie dla mnie. A jeszcze potem w tym spać... No szkoda gadać. Jednak w końcu obmyśliłem pewien plan. Wiem, że jak przeczytacie, to może będziecie powątpiewać w mój zdrowy rozsadek, ale czy bytność Europejczyka tam bez żadnej wiedzy o tym kraju jest zdroworozsądkowa? W to wątpię. Zresztą chciałem się wyspać i coś musiałem zrobić. Plan przedstawiam w punktach, bo może się przydać:
1. Skorzystałem z faktu, że Mirek był na łóżku, na materacu.
2. Związałem supeł na końcu ręcznika, dzięki czemu powstała taka maczuga.
3. Obok łóżka podstawiłem kosz z reklamówką. Miałem możliwość tylko jednego uderzenia w materac obok Mirka, jedną szansę, aby go wybić w górę i aby w wyniku tego wpadł do kosza.
4. To był mistrzowskie uderzenie, Mirku. Po moim uderzeniu Mirek odbił się od materaca i poszybował w powietrze, wykonując kilka salt. Spadł do wyżej wymienionego kosza i tam dokonał żywota przygnieciony papają - no cóż jego/jej śmierć była słodka.
Następnego dnia poszedłem normalnie do roboty. Wracam, a tu na podłodze już czeka inny robaczek, tym razem z kolorowo nakrapianym pancerzykiem. No tego już za wiele! Zdjąłem sandał, a potem były sceny jak z filmu „Matrix”, kiedy Neo i Trinity ratują Orfeusza w siedzibie agentów. Więcej kłopotów z robactwem nie miałem. Jak się później okazało, w piwnicy hotelu był remont i część wielonożnych mieszkańców piwnic wyniosła się na wyższe piętra. To cud, że Mirek z koleżką dotarli na moje piętro, gdyż w celu uniknięcia zarobaczenia korytarze i pokoje były regularnie pryskane chemikaliami. Ot tak, taki chemiczny świat a la Myslowitz dla białasa z Europy.
Z tej kolejki pamiętam Świętego Męża. Musiał być święty (jak wszystko w Indiach) i ta świętość wprost od niego biła. Ubrany był w białą tkaninę gustownie splecioną na ciele. Na głowie miał włosy (dredy) w stylu „nieuczesany Bob Marley”. Jednak najciekawsze były buty, jak dla mnie skrajnie ascetyczne, które zbudowane były mniej więcej z:
1. Deseczki (podeszwa, w tym wypadku główna część buta)
2. Przybitych do deseczki 2 kostek drewna (jedna na obcas; druga z przodu buta)
3. Do tego zgrabnie przeplecionego rzemyka mocującego stopę do wcześniej wspomnianej deseczki.
Święty Mąż wzbudzał powszechne poważanie wśród ludzi stojących w kolejce, mieszkańców Indii, a dla pozostałych - białasów - był powodem dużego zaciekawienia. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to był mój pierwszy kontakt z pewnym mistycyzmem hinduskim.
Wtedy samolotem leciałem pierwszy raz. Nie boje się wprawdzie, ale powiem wam tak pół żartem pół serio, że to nie jest normalne, aby tyle żelaza latało w powietrzu. W samolocie, jak można było przypuszczać, zajęliśmy miejsca w chicken class (turystyczna) blisko WC, co jak się okazało, było bardzo ważne z punktu widzenia wygody, ponieważ był to tył kadłuba, a kadłub się zwęża, w związku z czym w rzędzie są dwa krzesełka od okna, a nie jak zwykle trzy. Po prostu trzecie by się nie zmieściło i z tego powodu jest kapkę więcej miejsca, co nie jest bez znaczenia w czasie prawie 8,5 godzinnej podróży.
W zasadzie nie mogłem się już doczekać lądowania. Wiecie, jak to jest, kiedy już się wypróbuje wszystkie pozycje na krześle i jedynym wybawieniem wydaje się w takiej sytuacji położenie się na ziemi. Samolot dość leniwie zataczał koła nad Zatoką Bengalska, a ja zająłem się podziwianiem Chenay by night, z lotu ptaka, od czasu do czasu nerwowo obserwując termometr na wewnętrznych ekranach TV w samolocie: na 800 metrach - 10 stopni, na 500 - 22 stopnie, na ziemi - 39 stopni (lądowaliśmy w środku nocy). No cóż, myślę sobie: „nikt nie mówił, że tu jest zimno”. Obsługa samolotu sprawnie otwiera drzwi i zaczynam oddychać powietrzem Indii. Pewnie myślicie: „powietrze, jak powietrze”, ale tu jesteście w błędzie, bo jest ono inne niż nasze europejskie. Chodzi mi o zapach, którego nie można zapomnieć. Nie jest on nie do zniesienia. Jest po prostu częścią tego kraju. To zmieszany zapach kwiatów, zgnilizny, olejków, przypraw (coś w stylu kardamonu), potu i właśnie... fekaliów. Te wszystkie zapaszki zmieszane są w ciężkim wilgotnym powietrzu rozgrzanym do czerwoności przez żar dnia. Takie właśnie powietrze buchnęło na mnie, kiedy prawie jak Prime Minister stanąłem w drzwiach samolotu. Potem krótka odprawa i dotarliśmy do naszego hotelu, wcześniej odbywając podróż taxi (o samochodach napiszę innym razem).
Hotel jak na warunki hinduskie był całkiem niezły, ale w naszych może najwyżej jedną gwiazdkę by dostał. Tak na marginesie - jego właścicielem był jakiś aktor z Bollywood. Nie powiem, bo trochę zazdrośnie patrzyłem na sąsiadujący z nim wielki gmach super luksusowego hotelu Sieci Taj (w hotelu tej samej sieci rozgrywały się dantejskie sceny w czasie ostatniego zamachu w Bombaju). Ok. no to siup do łóżka i do spania.
Łóżka w hotelu były dwuosobowe, ślicznie zaścielone, bez jednej zmarszczki (niestety nie umiem tak pościelić J). „Super” - myślę sobie. Cały pokój był jak mieszkanie: łazienka, sypialnia i duża kuchnia. Jednak kiedy się obudziłem, z przerażeniem stwierdziłem, że nie śpię sam. Obok, na poduszce, leżał lub raczej siedział karaluch, wesoło do mnie machając czółkami. Chyba był głodny, gdyż również jego aparat gębowy ruszał się dość jednoznacznie, mówiąc: „coś bym zjadł”. Nazwałem go Mirek (nie wiem dlaczego, chyba tak bez powodu). I tu pewnie myślicie - karalucha można przecież unicestwić. No pewnie. Tylko sprawa się rypnęła z powodu rozmiaru. Nasze karaluchy krajowego chowu mają około 3 cm, kiedy są dobrze odżywione (wiem, można powiedzieć, że jestem ekspertem, bo mieszkałem w Toruniu na starym osiedlu). Mój/moja łóżkowa partnerka Mirek/Mirka miała ponad 10 cm, nie licząc czułków. „Jednak”, myślę sobie, „co mi tam, pierwsza noc w egzotycznym kraju - to może się zdarzyć”. Zresztą - „co ja panikuję? To tylko robak. Powiem na recepcji, aby się nim zajęli, jak to zwykle bywa z robakiem”. I tu popełniłem błąd. Teraz to wiem, ale nie wówczas. Przy recepcji spotkałem boya hotelowego, któremu nakazałem (w Indiach biały powinien być z lekka stanowczy), aby zlikwidował robaczka definitywnie. Tą prośbą dopuściłem się strasznego świętokradztwa. Zabić? Rozgnieść na miazgę? W ten sposób mogłem skazać boya na wieczne katusze w cyklu niekończącej się reinkarnacji. No cóż, dlatego nie powinienem się dziwić, kiedy pod wieczór zastałem karalucha Mirka czekającego na mnie w łóżku, tym razem pod poduszką. Pewnie chciał zrobić mi niespodziankę. I tak siedzieliśmy na łóżku - on/ona myśląc o wygodnym bytowaniu w moim łożu, a ja snując niecne plany pozbawienia go/jej życia. A nie wyglądało to prosto. Może macie jakieś propozycje? Wziąć do ręki? No nie. To raczej odpada. Za duże miał szczęki. Rozgnieść koszem na śmieci? Pamiętacie? Ponad 10 cm, więc flaki i takie tam na łóżku – to nie dla mnie. A jeszcze potem w tym spać... No szkoda gadać. Jednak w końcu obmyśliłem pewien plan. Wiem, że jak przeczytacie, to może będziecie powątpiewać w mój zdrowy rozsadek, ale czy bytność Europejczyka tam bez żadnej wiedzy o tym kraju jest zdroworozsądkowa? W to wątpię. Zresztą chciałem się wyspać i coś musiałem zrobić. Plan przedstawiam w punktach, bo może się przydać:
1. Skorzystałem z faktu, że Mirek był na łóżku, na materacu.
2. Związałem supeł na końcu ręcznika, dzięki czemu powstała taka maczuga.
3. Obok łóżka podstawiłem kosz z reklamówką. Miałem możliwość tylko jednego uderzenia w materac obok Mirka, jedną szansę, aby go wybić w górę i aby w wyniku tego wpadł do kosza.
4. To był mistrzowskie uderzenie, Mirku. Po moim uderzeniu Mirek odbił się od materaca i poszybował w powietrze, wykonując kilka salt. Spadł do wyżej wymienionego kosza i tam dokonał żywota przygnieciony papają - no cóż jego/jej śmierć była słodka.
Następnego dnia poszedłem normalnie do roboty. Wracam, a tu na podłodze już czeka inny robaczek, tym razem z kolorowo nakrapianym pancerzykiem. No tego już za wiele! Zdjąłem sandał, a potem były sceny jak z filmu „Matrix”, kiedy Neo i Trinity ratują Orfeusza w siedzibie agentów. Więcej kłopotów z robactwem nie miałem. Jak się później okazało, w piwnicy hotelu był remont i część wielonożnych mieszkańców piwnic wyniosła się na wyższe piętra. To cud, że Mirek z koleżką dotarli na moje piętro, gdyż w celu uniknięcia zarobaczenia korytarze i pokoje były regularnie pryskane chemikaliami. Ot tak, taki chemiczny świat a la Myslowitz dla białasa z Europy.
.jpg)
.jpg)