Słowacki Raj 2010
Sobota 19
czerwca wita mnie brzydką pogodą – nad Krakowem wiszą
niskie chmury i pada drobny deszcz. Już raz odwołałem
wyjazd z tego powodu, więc teraz wszystko we mnie
krzyczy „nieeeee”. Iwona też nie daje znaku, że coś się
zmieniło, dlatego wsiadam do auta i jadę po nią na
umówiony przystanek autobusowy. Na miejscu okazuje się,
że pojedzie z nami jeszcze nasz biegowy ironman i
zapalony kolarz – Marek.
Podążamy „Zakopianką” na południe, ale ciągle jeszcze nie wiemy, co będzie dzisiaj naszym celem. Łudzimy się, że może się jeszcze przejaśni... Niestety pogoda rozwiewa wszelkie nadzieje – pada i będzie padać, a Tatry ledwo prześwitują przez chmury. Mając do wyboru Słowackie Tatry i ichniejszy Raj wybieramy ten ostatni, pocieszając się, że tam przynajmniej nie będzie wiało i będzie trochę cieplej.
Parking w Hrabušicach-Pila świeci pustką. Nie ma tu nikogo poza skrytym pod wiatą parkingowym oraz kilkoma starszymi turystami, którzy musieli wybrać inną trasę, bo więcej już ich nie spotkamy. Wprawdzie parkingowy straszy nas, że w Veľkým Sokole jest sporo powalonych drzew, ale my, nie zrażeni, podążamy wyznaczonym szlakiem. Początkowo trasa jest niewinna – ot, zwykła polna droga w środku bujnej zieleni a z boku płynie strumyk. Potem szlak kluczy wzdłuż potoku raz z jednej, raz z drugiej jego strony, a my przechodzimy przez potok po kamieniach. O dziwo nawet przestaje padać deszcz. W miarę zagłębiania się w wąwozie robi się coraz trudniej: koryto potoku jest coraz węższe, a on sam opada licznymi kaskadami i na dodatek wszędzie leżą powalone drzewa. Wreszcie pojawiają się też charakterystyczne dla wąwozów Słowackiego Raju metalowe drabinki, ale to nie one są dzisiaj naszym największym utrapieniem. Prawdziwie cyrkowej ekwilibrystyki wymagają strasznie śliskie drewniane drabinki i bale – w zasadzie każdy kolejny krok może się skończyć lądowaniem w zimnym potoku, nie wspominając już o jakże miłej perspektywie potłuczenia 4 liter. Jak by tego było mało, przez jedną z drabinek potok po prostu spada kaskadami, a wiele innych jest częściowo podtopionych. Dlatego – mimo uniknięcia poważniejszych upadków – wkrótce wszyscy mamy w butach „bagno”.
Po ponad 3 godzinach emocjonującego marszu docieramy do końca wąwozu i ruszamy leśnym szlakiem na Havranią Skałę. Widoków mamy niewiele, bo większość trasy przebiega lasem, a nawet jakby były jakieś polanki lub skałki to i tak nie zobaczylibyśmy zbyt wiele, bo góry toną w chmurach. Ponieważ nie ma żadnych wiat i domów, chronimy się przed deszczem w jaskiniach na stokach Havraniej. Po zrobieniu kilku fotek na wierzchołku i wpisaniu się do pamiątkowej księgi rozpoczynamy mozolny powrót asfaltowymi drogami i leśnymi ścieżkami do samochodu. Wasz autor strony Piotrek
Podążamy „Zakopianką” na południe, ale ciągle jeszcze nie wiemy, co będzie dzisiaj naszym celem. Łudzimy się, że może się jeszcze przejaśni... Niestety pogoda rozwiewa wszelkie nadzieje – pada i będzie padać, a Tatry ledwo prześwitują przez chmury. Mając do wyboru Słowackie Tatry i ichniejszy Raj wybieramy ten ostatni, pocieszając się, że tam przynajmniej nie będzie wiało i będzie trochę cieplej.
Parking w Hrabušicach-Pila świeci pustką. Nie ma tu nikogo poza skrytym pod wiatą parkingowym oraz kilkoma starszymi turystami, którzy musieli wybrać inną trasę, bo więcej już ich nie spotkamy. Wprawdzie parkingowy straszy nas, że w Veľkým Sokole jest sporo powalonych drzew, ale my, nie zrażeni, podążamy wyznaczonym szlakiem. Początkowo trasa jest niewinna – ot, zwykła polna droga w środku bujnej zieleni a z boku płynie strumyk. Potem szlak kluczy wzdłuż potoku raz z jednej, raz z drugiej jego strony, a my przechodzimy przez potok po kamieniach. O dziwo nawet przestaje padać deszcz. W miarę zagłębiania się w wąwozie robi się coraz trudniej: koryto potoku jest coraz węższe, a on sam opada licznymi kaskadami i na dodatek wszędzie leżą powalone drzewa. Wreszcie pojawiają się też charakterystyczne dla wąwozów Słowackiego Raju metalowe drabinki, ale to nie one są dzisiaj naszym największym utrapieniem. Prawdziwie cyrkowej ekwilibrystyki wymagają strasznie śliskie drewniane drabinki i bale – w zasadzie każdy kolejny krok może się skończyć lądowaniem w zimnym potoku, nie wspominając już o jakże miłej perspektywie potłuczenia 4 liter. Jak by tego było mało, przez jedną z drabinek potok po prostu spada kaskadami, a wiele innych jest częściowo podtopionych. Dlatego – mimo uniknięcia poważniejszych upadków – wkrótce wszyscy mamy w butach „bagno”.
Po ponad 3 godzinach emocjonującego marszu docieramy do końca wąwozu i ruszamy leśnym szlakiem na Havranią Skałę. Widoków mamy niewiele, bo większość trasy przebiega lasem, a nawet jakby były jakieś polanki lub skałki to i tak nie zobaczylibyśmy zbyt wiele, bo góry toną w chmurach. Ponieważ nie ma żadnych wiat i domów, chronimy się przed deszczem w jaskiniach na stokach Havraniej. Po zrobieniu kilku fotek na wierzchołku i wpisaniu się do pamiątkowej księgi rozpoczynamy mozolny powrót asfaltowymi drogami i leśnymi ścieżkami do samochodu. Wasz autor strony Piotrek
Trasa: Hrabušice-Pila - Veľký Sokol - Havrania skala - Stratenská dolina - Sedlo Kopanec - Hrabušice-Pila.