Zimowy wypad w Gorce 2009
Ta wycieczka zaczęła się i skończyła niespodziewanymi przygodami. Umówiłem się z Tomkiem na Dworcu Autobusowym w Krakowie o godzinie 6 rano. Przychodzę na dworzec – jest bus do Rabki, ale nie ma Tomka. Za chwilę dzwoni telefon od niego: „Zaspałem. Będę na ciebie czekał na Nowym Kleparzu.” Zatem wsiadam do busa i ruszamy. Dojeżdżamy do Nowego Kleparza. Po chwili z głębi busa dostrzegam Tomka, ale ten bynajmniej nie wsiada, lecz kręci się po przystanku, jakby w ogóle nie zauważył naszego przyjazdu. Niemal natychmiast bus rusza. Dzwonię do Tomka: „Tomku, co ty robisz? Właśnie ruszyliśmy z przystanku, a ty nie wsiadłeś.” Ze słuchawki słyszę: „Co? Ty żartujesz? Przecież miał być autobus.” „Jaki autobus? – pytam – ten bus to był jedyny pojazd, który jechał do Rabki o 6.” „Dobra – mówi Tomek – biegnę po taksówkę i spróbuję was złapać.” Zaczyna się pogoń. Instruowany przez Tomka proszę kierowcę, żeby zaczekał kilka minut na przystanku na ul. Konopnickiej za Wisłą. Uff! Jest Tomek. Wsiadł do busa. Zespół w komplecie. Możemy jechać dalej.
Dojeżdżamy do Rabki. Trasa, którą planujemy zrobić, jest mi po części dobrze znana (Rabka-Turbacz), a częściowo to terra incognita (Turbacz-Lubomierz). Ponieważ jest długa bez ociągania ruszamy w drogę. Widać, że wędrówka nie będzie łatwa, gdyż już w mieście otaczają nas ze wszystkich stron góry śniegu. Na jednej z ulic fotografujemy samochód tak przywalony białym puchem, że jego właściciel zapewne mocno się namęczy, żeby go odkopać. A co czeka nas wyżej? Pogoda tego poranka nie jest pewna: trudno powiedzieć, czy wypogodzi się, czy będzie brzydko? Wprawdzie nie ma kurniawy, ale jest mgliście i słońce ledwo przebija się przez chmury. Na szczęście szlak jest w miarę przedeptany, zaś widoczność jest na tyle dobra, że możemy podziwiać otaczające nas ze wszystkich stron senne, zimowe krajobrazy.
W końcu docieramy do maleńkiej Bacówki na Maciejowej. Tutaj czeka nas miła niespodzianka – w bufecie sprzedają świeżutką, jeszcze ciepłą szarlotkę. Posileni i rozgrzani przytulnym ciepłem bacówki ruszamy dalej. Czym wyżej idziemy, tym więcej otacza nas śniegu. Po drodze podziwiamy fantastycznie uformowane zaspy i bajeczne bałwany przykrywające choinki. Na szczęście chmury gdzieś znikają i zaczyna świecić jasne słońce.
Za Starymi Wierchami szlak jest wprawdzie przetarty, ale w wielu miejscach ścieżynka ma szerokość człowieka, a z obu jej stron wyrastają zaspy sięgające pasa, a niekiedy nawet i ramion. Przed szczytem Turbacza (1310 m n. p. m.) staję się mocno ociężały (mówiąc językiem pewnego komentatora sportowego „nieświeży w kroku”). To skutek długiego marszu, kopnego, sięgającego kolan śniegu, a przede wszystkim dość lekkiego śniadania. Tomek co chwilę przystaje i czeka aż doczłapię do niego, ale w końcu jednak docieramy do obelisku stojącego na szczycie, którego nigdy nie widziałem jeszcze w takiej scenerii: można do niego podejść tylko wąską ścieżynką wydeptaną w niebotycznych zaspach.
Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć schodzimy do Schroniska PTTK na Turbaczu. Wokół niego też jest za trzęsienie śniegu, a na dodatek z dachu aż do ziemi spływa potężny lodospad. Tutaj można wyczuć, że niedawno zmienił się gospodarz. Wprawdzie nadal otaczają nas zimne, ciężkie mury, a poza jadalnią jest ciemno jak w zamkowych lochach, lecz poprawiła się kuchnia. Posiłek jest naprawdę smaczny i obfity. A przecież jeszcze kilka lat temu fasolka po bretońsku nie różniła się na Turbaczu niczym, poza ceną, od równie mdłej zupy fasolowej.
Niestety upływający nieubłaganie czas zmusza nas do zmiany planów. Jest już na tyle późno, że raczej nie damy rady dojść do Lubomierza przed odjazdem ostatniego autobusu. Dlatego decydujemy się zejść krótszym szlakiem do Nowego Targu. Ostatni odcinek trasy przebiega przez miasto. Nowy Targ by night ma swój urok (polecam sympatyczny rynek), ale teraz, po wielu godzinach marszu z plecakami na grzbiecie, niemiłosiernie się nam dłuży.
Na autobus czekamy w przytulnej knajpce koło dworca, popijając piwko (Tomek jak zwykle pozostaje wierny „Żywcowi” :-). Na dworcu PKS zaczepia nas nastoletni chłopak z przenośnym kramem pełnym zabawek dla dzieci. Kiedy podjeżdża autobus wsiada z nami do środka i kupuje bilet do Krakowa. Jest bardzo towarzyski i siada obok nas z tyłu autobusu. W trakcie rozmowy orientujemy się jednak, że „młody” jest lekko upośledzony. Wydał ostatnie pieniądze na bilet do Krakowa, nie ma jedzenia, nie ma telefonu ani nie zna numeru telefonu swoich rodziców, którzy zapewne nic nie wiedzą o jego nocnej eskapadzie. Chciałby sprzedać w Krakowie zabawki i wrócić do domu, ale nie ma gdzie przenocować, a o tej porze raczej nie znajdzie nabywców dla swojego towaru. W odruchu serca Tomek decyduje, że trzeba „młodego” wyekspediować z powrotem do domu. W Krakowie wykupujemy mu więc bilet powrotny i wsadzamy go do pierwszego autobusu, który zmierza do Nowego Targu. Teraz należy mieć tylko nadzieję, że wysiądzie na odpowiednim przystanku… Pozdrawiam Piotrek