Piramide Vincent 2009

Opis: Piotr, Zdjęcia: Piotr i Mateusz
PIRAMIDE VINCENT PASSO DELLO STELVIO IMPRESJE Z MASYWU MONTE ROSA
Google Earth (KLM)
    W trasę na Piramide Vincent (masyw Monte Rosa, Alpy Pennińskie) wyruszamy 20.07.2009 po kilku jałowych dniach, w trakcie których krążyliśmy po niezbyt odległej (jak na warunki alpejskie :-) okolicy, próbując - niestety bez skutku - zdobyć dwa inne stosunkowo łatwe technicznie czterotysięczniki - Castor (4228 m n. p. m.) lub Breithorn (4165 m n. p. m.).
    Szlak prowadzący na Piramide Vincent częściowo już znamy, gdyż na początku naszego pobytu w Dolinie Gressoney (Val di Gressoney) dla rozgrzewki i zaaklimatyzowania się w górach weszliśmy na znajdującą się mniej więcej w jego połowie niezbyt wybitną górę - Punta Indren (3260 m n. p. m.). Jesteśmy już w miarę dobrze zaaklimatyzowani, bo spędziliśmy kilka dni na wysokościach znacznie przekraczających 3000 m. Ponadto mając doświadczenie z kilku poprzednich pobytów w Alpach wiemy, że nie jest możliwe pokonanie pieszo, w ciągu jednego dnia, ponad 2300 metrów różnicy poziomów, która dzieli nasz biwak położony w dolinie od szczytu Piramide. No i również jesteśmy świadomi, że zostało nam już niewiele czasu do zaplanowanego powrotu do kraju. Zatem decydujemy się dokonać czynu dla niektórych miłośników gór zbrodniczego, czyli... skorzystać z pomocy kolejki :-), która wywozi nas na znajdującą się poniżej Punta Indren przełęcz Passo dei Salati (2980 m n. p. m.). W ten sposób szybko "przeskakujemy" przez śliczne alpejskie lasy, łąki i stawy, aczkolwiek czeka nas jeszcze ponad 1200 metrów podejścia na własnych nogach w surowym górskim terenie. 
    Szlak, którym wpierw podążamy, trawersuje skaliste zbocza szczytu Stolemberg (3202 m n. p. m.) i znanego nam już z poprzedniej wycieczki Punta Indren. Nie jest on specjalnie trudny, lecz dość męczący, gdyż charakteryzuje się licznymi krótkimi ale stromymi podejściami i zejściami, a do tego biegnie przez teren pełny skalnego rumoszu. Po drodze przechodzimy też przez kilka odcinków, które bardziej dla komfortu psychicznego turystów, niż ze względu na ich rzeczywistą trudność zostały ubezpieczone grubą nylonową liną. Na szczęście pogoda, która dotychczas nas nie rozpieszczała, jest dzisiaj bez zarzutu - niegroźnie wyglądające chmury majaczą gdzieś w oddali, mgła ulotniła się jak kamfora, a powietrze jest rześkie i przejrzyste. Już z daleka widać cel naszej dzisiejszej wędrówki - majestatyczną Piramide Vincent (mając na uwadze długość dzisiejszej trasy bierzemy też pod uwagę możliwość "awaryjnego" wejścia na sąsiadujący z Piramide niższy czterotysięcznik - Punta Giordani).
    Za Punta Indren, którego wierzchołek omijamy teraz szerokim łukiem, wkraczamy na pierwszy tego dnia lodowiec - Ghiacciaio d'Indren. Ponieważ nie ma tutaj szczelin, a szlak niemal w ogóle się nie wznosi, lecz tylko łagodnie trawersuje lodowiec w poprzek, nie używamy żadnego specjalistycznego sprzętu górskiego. Po drodze mijamy dużo turystów, w tym również naszych sąsiadów z południa - Słowaków, którzy pozdrawiają nas serdecznie "Ahoj" i pełni wrażeń ze zdobytych szczytów wracają już do doliny. Czy i nam uda się dzisiaj wejść na jakiś czterotysięcznik?
    Wreszcie po długim i dość monotonnym marszu po lodowcu, w trakcie którego bez żalu rezygnujemy z wejścia na Punta Giordani, docieramy do pierwszego na naszej trasie schroniska - Rifugio Citta di Mantova (3470 m n. p. m.). Nie zatrzymujemy się tutaj na dłużej, gdyż przed nami jeszcze spore podejście, a kolejne schronisko jest już w zasięgu naszego wzroku. 
    Trzeba przyznać, że to ostatnie - Rifugio Gnifetti (3647 m n. p. m.) - prezentuje się bardzo malowniczo. Nie dość że zostało "przyklejone" do masywnej skały, to jeszcze trzeba się do niego wspinać krótką ferratą (trochę klamer osadzonych w skale i dwie nylonowe liny). Ale w nagrodę za mozolne podejście czekają nas wspaniałe widoki, które roztaczają się z jego obszernych tarasów: w jedną stronę na lodowy świat masywu Monte Rosa, w drugą na leżącą u naszych stóp Val di Gressoney.
    Nasyceni pięknymi krajobrazami wchodzimy do baru. Posilamy się bardzo smacznym ciastem i wypijamy napoje izotoniczne. Przy okazji podziwiamy też pokaźne rozmiary schroniska oraz ceny noclegów, które w niczym nie ustępują cenom w renomowanych krakowskich hotelach :-). Dalsza droga nie obędzie się już bez raków, czekana, uprzęży i liny, gdyż zaraz za schroniskiem zaczyna się duży, stromy i poznaczony szczelinami lodowiec Ghiacciaio del Lys Orientale... 
    Po męczącej, ale na szczęście zakończonej sukcesem "szamotaninie" ze sprzętem, niepewni czy starczy nam czasu (minęło już południe) wchodzimy na lodowiec... Ja jestem na przodzie, w środku idzie mój brat Mateusz, a zamyka naszą małą kolumnę kolega Tomek. Początkowo szlak jest niemal spacerowy, ale dalej "staje dęba", a co za tym idzie wysokość zaczyna szybko rosnąć. I to się czuje. Na przemian robimy jakieś 10-15 kroków i przystajemy dysząc ciężko jak parowozy. Jest piękna pogoda, lecz mimo to ogarnia mnie uczucie pewnego niepokoju: po lewej, jak okiem sięgnąć, lodowa pustynia, z której "wyrastają" tu i ówdzie nagie szare skały. Po prawej piętrzy się wał seraków obrywających się ze zboczy Piramide Vincent (żeby tylko któryś nie...). A czym wyżej idziemy, tym mocniej wieje wiatr i robi się coraz zimniej. Śnieg, początkowo miękki, teraz już twardo chrzęści pod butami. Ani się obejrzeliśmy, a "padł" nasz dotychczasowy rekord wysokości - wchodząc na przełęcz przekroczyliśmy "magiczne" dla nas 4000 m. Tymczasem dochodzi godzina 14:00. Chwila wahania na przełęczy - idziemy dalej, czy nie idziemy? Tak - jednak pójdziemy. Przecież nie jest już daleko i nie ma żadnych trudności technicznych. Wreszcie wchodzę na łagodne wypłaszczenie, w pobliżu nie ma już niczego wyższego, zatem... jesteśmy na wierzchołku. Mój altimetr wskazuje 4225 m... dziesięć metrów wyżej niż w rzeczywistości. Ściskamy się, poklepujemy, robimy fotki i... trzeba już wracać do doliny.
    Przy zejściu jeden z moich raków "daje mi popalić". Spada, na szczęście w dość już miękkim śniegu, więc go zakładam z powrotem i wiążę tak mocno, jak tylko potrafię. Schodzę może 100, może 200 metrów niżej i... znowu poleciał. Kurtka na wacie - nie pierwszy już raz się na nim zawiodłem i jestem pewny: to nasz ostatni wspólny wyjazd w góry.
    A dalej omijamy schronisko Gnifetti i zatrzymujemy się przy schronisku Citta di Mantova. Zdejmujemy uprzęże, raki, linę i wszystko pakujemy do plecaków. Jemy kanapki podziwiając krajobrazy przez wielkie okna schroniska, po czym ruszamy w dół znajomą już trasą, tyle że bez korzystania z pomocy kolejki. W zejściu przez górskie łąki towarzyszy nam spore stado koziorożców alpejskich. Zwierzęta kilka razy zatrzymują się, patrzą na nas ciekawie, zbiegają kilkadziesiąt metrów niżej i znowu przystają... Na zakończenie dodam, że zdjęcia nr 29-47 zostały wykonane przez mojego brata Mateusza.